Virtus.pro zawiesza działalność. Dziękujemy za wspaniałe momenty

Zdobywali najważniejsza trofea, zarabiali setki tysięcy dolarów, rozpalali trybuny pełne polskich kibiców do czerwoności. Dziś to już żyjące legendy i idole młodzieży. Ale sportowa forma Virtus.pro to w tej chwili cień dawnej potęgi - wielka drużyna może przestać istnieć.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Virtus.pro po latach sukcesów zawiesza działalność
Virtus.pro po latach sukcesów zawiesza działalność (facebook.com/www.virtus.pro)
WP

Każdy piłkarski kibic pamięta Euro 2012. I to wielkie rozczarowanie. Polska, jako gospodarz turnieju, na dodatek będąca według kibiców w "słabej" grupie, miała być rewelacją turnieju. Tymczasem nie wygraliśmy ani jednego meczu, a rany w sercach nie zagoiły się do dziś. Zupełnie inne wspomnienia z turniejem na własnym obiekcie mają polscy fani esportu.

To właśnie w Katowicach rozpoczęła się legenda esportowej drużyny Virtus.pro. U siebie, w Spodku, gromili rywali jak leci. W wielkim finale Intel Extreme Masters mierzyli się z faworytami - Ninjas in Pyjamas. Nie dali im żadnych szans. Spodek odlatywał, gdy polscy zawodnicy zdobywali punkty. Robili to nawet wtedy, gdy rywal miał przewagę czterech na jednego. Albo gdy zakradał się za plecami naszych zawodników, a ci i tak byli w stanie wykryć przeciwnika i go wyeliminować. "Vir-tus pro!, Vir-tus pro!" krzyczały trybuny, a po fantastycznej rozgrywce polska drużyna zgarnęła nie tylko puchar prestiżowej imprezy, ale też 300 tys. złotych. I serca polskich fanów esportu.

WP

Marcowe starcie z 2014 roku zapisało się w pamięci, ale to nie wtedy zaczęła się legenda zawodników drużyny Virtus.pro, w skład której wchodzili Paweł "byali" Bieliński, Filip "Neo" Kubski, Jarosław "pasha" Jarząbkowski, Janusz "snax" Pogorzelski i Wiktor "TaZ" Wojtas. Część z nich już wcześniej odnosiła sukcesy.

Pionierskie czasy

Wszystko zaczęło się od chęci wywalczenia zniżki w kafejce - jak wspominał "Taz" w rozmowie z Michałem Szafrańskim, na początku XXI wieku dostanie się do osiedlowego kafejkowego zespołu, upoważniało do tego, by godzina przy komputerze kosztowała 3 zł, a nie 5 zł.

WP

Jak wspominał w wywiadzie z WP Gry Filip "Neo" Kubski, pierwsze zagraniczne wyjazdy na turnieje zaczęły się w 2003 roku. W latach 2004-2005 pojawiły się międzynarodowe sukcesy, a rok później "Neo" podpisał kontrakt, który gwarantował mu miesięczną pensję. "Jeździło czym się da, spało w tańszych hotelach, oszczędzało na wszystkim" - wspominał tamte czasy ojciec Filipa Kubskiego, który od początku wspierał karierę syna.

Wówczas Polacy grali w różnych drużynach. Pentagram G-Shock, Frag eXecutors, Universal Soldiers. W tamtych latach samo Virtus.pro było całkowicie niszową drużyną. Tymczasem młodzi zawodnicy z Polski zdobywali wówczas mistrzostwa Europy w 2005 i mistrzostwa Świata w 2006, zaczęli zarabiać pierwsze pieniądze, ale esport wciąż był niszą. I w najbliższych latach wcale nie miało się to zmienić.

WP

"Nie jest popularny w szerokich kręgach, ciężko o trenerów, którzy mogliby ukierunkować i zapanować nad młodymi graczami." - tak o esporcie mówił jeszcze w 2012 roku Wiktor "TaZ" Wojtas. Kolejna legenda na polskiej scenie sportowej. Gdy padły te słowa, "TaZ" miał 26 lat i na swoim koncie 7 tytułów mistrza świata w "Counter-Strike'u". Na swoje pierwsze zawody międzynarodowe jeździł autem - udając się na turniej w Hiszpanii, podróż zajęła przeszło dobę.

To była złota piątka - tak nazywano polską drużynę, która sukcesywnie przebijała się do topu światowej sceny w latach 2006-2010. Gdy w 2010 roku zdobywali tytuł najlepszego zespołu na świecie, nie mieli za swoimi plecami profesjonalnej organizacji. Kluczem była pasja. "Mieliśmy drużynę z charakterem i wiedzieliśmy, że stać nas na wygraną. Z drugiej strony byliśmy pod ścianą i musieliśmy wygrywać, żeby iść dalej, żeby się rozwijać" - wyjaśniał "TaZ" w wywiadzie dla "Logo".

WP

To właśnie "TaZ" i "Neo" tworzyli trzon składu legendarnej złotej piątki. Występowali w różnych barwach, ale zawsze ze sobą. Organizacje obiecywały wiele, ale bardzo szybko rozczarowywały zawodników. "Niestety wtedy myślało się inaczej. Zawodnicy nie byli postrzegani jako priorytet, my nie widzieliśmy tego z tej perspektywy, a ówczesny zarząd miał inny cel i inne plany" - opisał współpracę z jedną z firm w rozmowie z WP Gry "Neo".

Wszystko zmieniło się, gdy esport z niszowego hobby zaczął przeistaczać się w globalne szaleńswo. I gdy dwójka zawodników spotkała na swojej drodze jeszcze trzech "strzelców".

Narodziny nowej złotej piątki

W 2013 roku zadebiutował nowy skład: "NEO", "TaZ", Jarosław "pasha" Jarząbkowski, Paweł "byali" Bieliński, Janusz "Snax" Pogorzelski. Zaczynali w drużynie ESC Gaming, później przeszli do AGAiN, by finalnie trafić pod skrzydła Virtus.pro w 2014 roku. Choć dziś o tej ekipie nie mówi się inaczej jak "polski zespół", to tak naprawdę Virtus.pro jest organizacją należącą do Rosjan. VP obchodziło w listopadzie swoje 15. urodziny i choć przez te lata znane było fanom esportu, to z polskiej perspektywy jej narodziny to właśnie IEM w Katowicach 2014.

WP

Sukcesów było niemało. Rok po IEM, na tej samej imprezie w Katowicach, Virtus.pro dociera do półfinału. W 2016 kończą turniej na ćwierćfinale. To tylko zawody w Polsce, bo w międzyczasie zwyciężają m.in. podczas ESEA Invite, ESL ESEA Pro League Dubai Invitational w Dubaju czy na imprezie w Londynie. W 2016 roku szacowano, że na samych turniejach Virtus.pro zarobiło przeszło 800 tys. dolarów.

W 2017 zespołowi dwukrotnie udało się także wygrać po 200 tys. dolarów - za trzecie miejsce na World Electronic Sports Games oraz za zwycięstwo na DreamHack Masters w Las Vegas.

A do tego dochodziły umowy sponsorskie. Sami zawodnicy stawali się celebrytami. I to nie tylko w światku esportowym. Dobrym przykładem jest "pasha", który wystąpił w rosyjskiej kampanii Media-Markt. W Polsce zdobył dodatkową sympatię swoimi livestreamami - transmitował swoje rozgrywki z domu, a chętni wpłacali mu pieniądze. W tle było słychać żonę i dziecko "pashy", a sam zawodnik rozbawiał widzów swoimi tekstami. Ta naturalność przyciągała. Jeden z fanów z Ameryki w ciągu kilku dni łącznie przelał w prezencie… 10 tys. dolarów.

Virtus.pro to także doskonały dowód na to, jak wielkie pieniądze krążą w tej dyscyplinie. I nie chodzi wyłącznie o pule nagród w turniejach czy umowy sponsorskie. W styczniu 2018 roku właścicielem "Virtusów" za 100 milionów dolarów stała się Mail.Ru Group, największa rosyjska firma z branży internetowej. W 2015 roku w rosyjski zespół z występującymi Polakami zainwestował trzeci najbogatszy Rosjanin.

W 2017 jeszcze były sukcesy. Rok rozpoczyna się od drugiego miejsca w bardzo prestiżowym ELEAGUE Major: Atlanta 2017. Chwilę później jest złoto w starciu z samą śmietanką na DreamHack Masters 2017 w Las Vegas. Zwycięstw zaczyna być jednak coraz mniej, a więcej sromotnych porażek. W Virtus.pro coś zaczęło się wyraźnie psuć. Imprezę w Spodku polska drużyna kończy nie wychodząc z grupy. Potrafili przegrywać ze słabszymi zespołami, które jeszcze niedawno nie miały żadnych szans w starciu z nimi. Z Polakami współpracę rozpoczął profesjonalny sportowy psycholog.

"Jeśli nie znajdziemy sposobu na to, jak naprawić zespół, będę pierwszym, który się wycofa" - mówił w 2017 roku "TaZ", gdy dziennikarze pytali go o problemy w zespole. Zapowiadał chęć poprawy sytuacji w drużynie. Jednak przepowiednia prawie się spełniła.

Prawie, bo "TaZ" niejako nie miał wyjścia - został przesunięty do rezerwy. Po prawie 5 latach gry w tym samym składzie, na początku 2018 roku "TaZ" w końcu odszedł z Virtus.pro, a w marcu dołączył do Team Kinguin. Złota piątka definitywnie przestała istnieć.

Przetasowań w Virtus.pro było więcej. Ze składu odeszli jeszcze Paweł "byali" Bieliński i Janusz "snax" Pogorzelski, a z legendarnego składu, który wygrał Major IEM Katowice 2014 w Spodku pozostali jedynie "pasha" i "Neo". To jednak nie naprawiło sytuacji, a konsekwencją była decyzja, którą obecnie żyje świat esportu: zawieszenie działalności Virtus.pro. I na tym trzęsienie ziemi może się nie skończyć, bowiem wpis "pashy" w mediach społecznościowych sugeruje zakończenie jego esportowej kariery.

Polski "Counter-Strike" znalazł się w dołku. W Katowicach na Intel Extreme Masters 2019 nie zobaczymy żadnej drużyny z Polakami w składzie, bo w eliminacjach odpadły też zespoły Team Kinguin i x-com.

Co dalej z polskim "Counter-Strike"?

Przed polskim esportem ciekawe wyzwanie. Dla wielu osób, które zaczęły się interesować dyscypliną właśnie po sukcesie z 2014, Virtus.pro mogło być synonimem esportu. "Neo", "pasha" czy "TaZ" byli w nim od zawsze, tak jak sukcesy polskich drużyn. Ale dawali coś więcej niż gracze w innych, esportowych dyscyplinach. Udało im się zacementować przepaść dzielącą od tradycyjnego sportu. Dla młodego fana nie byli mało znaczącymi pseudonimami, ale idolami niczym piłkarze.

Jednak lada moment gwiazdy i idole młodych Polaków mogą stanąć przed dylematem - "co dalej?". Mówił o tym zresztą tata "Neo" w rozmowie z WP Gry:

"Choć pieniądze są spore, to tylko jednostki zarabiają lepiej. Z tym, że to 'lepiej' możemy porównać do bardzo dobrych pensji. Odległość dzieląca ich zarobki od zarobków sportowców mierzona jest nadal w latach świetlnych. Pensje polskich esportowców na poziomie 10 tys. złotych miesięcznie nawet przez kilka lat nie pozwolą im na zapewnienie sobie stabilizacji do końca życia, jak to w przypadku sportowców bywa. Sytuację tę porównałbym do okresu, który w dawnych latach uporczywie nazywaliśmy sportem amatorskim, choć nim nie był. Mieliśmy jako sportowcy niezłe dochody, jednak nie takie, by ułożyć sobie życie. Stąd często możemy słyszeć o naszych złotych medalistach olimpijskich, którzy dorabiają na przykład jako taksówkarze. Jestem ciekaw, co stanie się z obecnymi graczami za, powiedzmy, 15 lat".

W cytowanym wcześniej wywiadzie z "Logo", "TaZ" mówił, że nie brakuje młodych zawodników. Na turniejach rywalizują z nastolatkami, którzy jednak bardziej skupieni są na pieniądzach i liczą na szybki zysk. Kiedy współczesne gwiazdy zaczynały, priorytety były inne, ale też nikt nie podejrzewał, że esport może być źródłem zarobku. "Była to czysta przyjemność i zajawka, przy której spędzało się sporo czasu. Najważniejsze zawsze było samo granie, rywalizowanie z innymi i przede wszystkim wygrywanie" - wspominał "Neo".

Śledząc sukcesy polskich zawodników z Virtus.pro, widzimy rozwój esportu. Od czasów pasjonatów, którzy na własną rękę podróżują po Europie i zdobywają najważniejsze trofea, po profesjonalizację dyscypliny i coraz większymi pieniędzmi w grze. Aż po okres największej popularności, kiedy są rozpoznawani na ulicach, a ich profile śledzi prawie milion osób (jak facebookowe konto "pashy").

Upadek Virtus.pro paradoksalnie może być też kolejną ważną częścią historii esportu - gdy w innych dyscyplinach również kończyła się era wielkich zespołów, fani zadawali sobie pytanie, co dalej. Krajowy esport właśnie doczekał się podobnej sytuacji, która pokazuje, że to sport z krwi i kości. Z wielkimi sukcesami, ale też z wielkimi porażkami.

WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP