WP

"Assassin's Creed Odyssey" - znów mnie wciągnęło jak bagno. Ale nie jestem do końca zadowolony

Końcówkę 2017 roku spędziłem w Egipcie. Co prawda tylko wirtualnie, ale i tak udało mi się zapomnieć o bożym świecie. "Origins" pokazało początki historii serii, którą zna cały świat. A "Assassin's Creed Odyssey" ją rozwija – mało twórczo, za to bardzo rozrywkowo.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Assassin's Creed Odyssey" - znów mnie wciągnęło jak bagno. Ale nie jestem do końca zadowolony
(Ubisoft)
WP

Główne cechy serii "Assassin's Creed" – wspinanie się na budynki i skakanie między dachami, szukanie skarbów, skrytobójstwa dokonywane ukrytym sztyletem, polityczne intrygi na niesamowitą skalę, ukrywanie się w tłumie, walka. Tak przynajmniej chcieliby widzieć grę "najstarsi górale", którzy za największe osiągnięcie uważają część z numerem dwa i wydane tuż po tym "Assassin's Creed: Brotherhood". Co z korzeni serii zostało dziś?

I twórców, i graczy znużyło powtarzanie wymienionych wyżej schematów. Stąd też w 2017 pojawiło się "Assassin's Creed Origins" z olbrzymim światem, który przemierzaliśmy dowoli wszerz i wzdłuż - pieszo, na koniu, na wielbłądzie, wpław, na łódce. Eksperyment udany, choć fabuła kulała straszliwie, a i po pewnym czasie monotonia dawała się we znaki – do przodu pchało mnie jedynie odhaczanie kolejnych, niezwiedzonych jeszcze obszarów na mapie. Pchało na tyle mocno, że zostawiłem w "Origins" coś koło 60 godzin.

Odyseja

Jasne dla mnie było, że nowa część będzie starała się naprawić błędy poprzednika. Byłem jednocześnie pełen obaw i zaciekawienia, czy znowu wciągnę się w pozbawioną długofalowego sensu rozgrywkę, która sprowadzi się do eksploracji. Obawy trochę się potwierdziły, ale w ogóle tego nie żałuję.

WP

"Odyssey" to wyprawa na wskroś starożytnej Grecji w czasach wojen peloponeskich – czyli początek V wieku przed Chrystusem. Nasz bohater, on lub ona (w zależności od tego, jak wybierzemy), to zrzucone ze skał dziecko, które wyłowił hen, hen daleko pewien kupiec. Aleksiosa (tak się nazywa męska wersja, którą grałem) poznaję, gdy jest dorosłym facetem – umie walczyć, strzelać z łuku, jeździć na koniu, skakać, pływać, wspinać się po górach. I tak trochę bez powodu zaczyna wdawać się w kolejne bójki i zadania.

Tu ktoś mu się nie podoba, tam trzeba pomóc przyjacielowi, trup się ściele, skarby wskakują do mieszka. Szybko dowiadujemy się jednak, że życie w prowincjonalnej Kefalonii (wyspa na zachód od Grecji) to pikuś. Gdzie indziej są wielkie intrygi, bohaterowie, a także nasz wyrodny ojciec, z którym trzeba wyrównać porachunki. Rozpoczyna się odyseja pełna zwrotów akcji, tajnych bractw, dziwnych sojuszników i masakrowania hord Ateńczyków lub Spartiatów. Wedle upodobania.

Ścigany

Darujmy bogate opisy tego, co się dzieje naokoło, i skupmy na tym, co daje największą satysfakcję. Numer jeden to absolutnie walka. Oto co się zmieniło.

Twórcy wrzucili pokaźny wachlarz wrogów, którzy w końcu nie padają jak baranki na rzezi. Zwykłych siepaczy z prostym pancerzem i krótkim mieczem jest niewielu. Rządzą łucznicy i goście ukryci za masywnymi tarczami. Do tego sporo olbrzymów z ogromnymi cepami, dowódcy, hoplici z pikami, z rzadka konni. Większość miewa specjalne, często zaskakujące ataki, które wybiją nas z rytmu uderzeń przeplatanych prostymi unikami i blokami. Ale to nie wszystko.

WP

Pamiętacie najemników z pierwszej części gry? Było ich kilku na całą grę. Spotkania z tymi potężnymi jednostkami zawsze były ciężkie, ale też należały do rzadkości. Tymczasem w "Assassin's Creed Odyssey", niczym w "GTA", najemnicy pełnią rolę "gwiazdek". Jeśli coś przeskrobiemy, napadniemy na obóz, ukradniemy 3 drachmy cywilom, za chwilę będziemy mieli takiego jegomościa na karku.

Sytuacja, w której prowadzimy walkę z załogą i kapitanami fortu, a do bójki dołącza się dwumetrowa babka z maczugą albo zwinny jak kot koleś z zatrutym ostrzem, to norma. Zginiemy przez nich wiele razy, więc nudy w końcu nie ma. A jak mamy dość tej bijatyki, dajemy łapówę albo zabijamy fundatora nagrody dla najemnika. Logiczne.

Trudniej znaczy lepiej

Ok, to już wiemy, że przeciwników jest wielu i nie dają sobie w kaszę dmuchać. A co z nami? Wachlarz broni jest podobny (miecz, sztylety, włócznia, kilka ciężkich wariantów), nadal mamy lekki i szybki cios oraz ten wolniejszy i odrobinę silniejszy. Twórcy zmienili jednak system ataków specjalnych, mechanicznie trochę w stronę slashera.

Odblokowujemy umiejętności (punkt za każdy nowy poziom, poziom za punkty doświadczenia po wykonanych zadaniach, standard), które nie działają na stałe, ale przypisujemy je pod jedno z czterech pól. I już całkowicie od nas zależy, czy wolimy w walce oślepić wroga i skorzystać z asasyńskich ataków, nasączyć broń kwasem czy mieć przełamującą szarżę, wyrwanie tarczy albo ikonicznego kopniaka, którym da się zrzucać z murów i skał (uwielbiam!).

WP

Obniżono siłę zbyt potężnych broni dwuręcznych zakończonych toporzastą końcówką. W "Origins" korzystałem z nich aż do przesady i wyzwaniem stali się dla mnie dopiero Rzymianie w samej końcówce. Reszta – kaszka z mleczkiem. Teraz najsilniejszy wydaje się miecz, ale walka rzadko kiedy kończy się po kilku ciosach na krzyż. Dużo tu uników, prób wyłapania idealnego bloku (sekunda na kontratak) czy idealnego uniku, który odpala krótkie slow motion.

Koniec końców – niezależnie, czy walczę z szeregowcami, załogą fortu, biorę udział w bitwie między Atenami i Spartą (są takie), goni mnie wysokopoziomowy najemnik, stado wilków, mocuję się z dzikiem kalidońskim i jego trzódką – nigdy się nie nudzę. Zawsze jest wyzwanie. I to jest najważniejsze

Zabawa w znaki zapytania

Drugą największą frajdę jest eksploracja. Czyli to, co zawsze w serii. Twórcy krzyczą: "Hej człowieku, przed tobą wirtualna projekcja lądów i krainy, do których trafisz dzięki nam. Zobacz perły antyku zanim zburzyły je biegi dziejów". I tak jest teraz. Chociaż przyznam szczerze i dosadnie, że piasek pustyni i egzotyka Egiptu podobała mi się znacznie, ale to znacznie bardziej.

Grecja jest straszliwie pstrokata. Pełne skał i kolorowych drzew lądy mają swój urok, doceniam tę antyczną duszę i ten monumentalizm, gdy wdrapuję się na szczyt góry i widzę z niej kawał świata, z morzem pełnym galer. Ale to wciąż nie ten poziom estetycznych doznań. A może jeszcze wszystko przede mną, spędziłem tu "tylko" jakieś 20 godzin.

WP

I chociaż grafika "nie urywa", nie zmienia to faktu, że odkrywanie lądów to frajda sam w sobie. Latam jak głupi za znakami zapytania, żeby zobaczyć, co tam znajdę. Czasami odhaczam je z zerową subtelnością, rozpędzają kolejne obozy bandytów i od niechcenia wsadzając do kieszeni skarby. A czasami przystanę a dłuższą chwilę, żeby pooglądać relikty dawnego świata.

Dodatkowy plusik za to, że pojawiło się tu sporo poukrywanych atrakcji. Po prostu przemierzając ląd prędzej czy później natrafimy na jakieś "życie na osiedlu", które nie zostało uprzednio zaznaczone na mapie. Trochę to bardziej naturalne.

Galernik

Nie mija kilka chwil, jak dochrapujemy się własnej galery. Tak samo jak w słynnym "Assassin's Creed IV: Black Flag", tak i tutaj bezustannie ją rozwijamy. Trwałość pokładu, zapasy materiałów na ogniste strzały, sprawność łuczników i oszczepników. Moc tarana. Na wszystko idą chore ilości surowców, więc nie myślcie sobie, że w połowie gry wasz statek będzie "wymaksowany".

Antyczna walka jest trochę wolniejsza od tej karaibskiej, oczywiście przez to, że działa i moździerze zastąpiły strzały i włócznie. Przyznam, że średnio sobie jeszcze radzę. w "Black Flag" bez problemu rozbijałem flotylle z kilkoma okrętami, tu walka z więcej niż dwoma to już wyzwanie. Do tego niespecjalnie zrozumiała jest logika tego, że raz przepływamy obok innego statku bez problemu, a raz Ateńczyk bądź Spartiata zarządza pogoń, w którą angażują się pobliskie jednostki.

WP

Wraży okręt można całkiem zmasakrować albo urządzić abordaż. Walka na pokładzie jest ok, choć mało spektakularna. Po wygranej możemy zgarnąć skarby, z reguły kiepskie - większą nagrodą jest odnowienie "paska życia" naszego statku. Czasami to istne zbawienie, gdy konflikt na morzu zrobi się zbyt rozbuchany.

Greckie problemy

Jak już zaznaczyłem na starcie, nie wszystko mi się tu podoba. Przez kilkanaście godzin wszystko było daleko, daleko zbyt proste. Każdą walkę wygrywałem z palcem w nosie. Po raz pierwszy od niepamiętnych dla mnie czasów, w mainstreamowej grze sięgnąłem po poziom "trudny". I wtedy gra nabrała kolorów... do czasu. Mniej więcej od 20 poziomu walki z bossami stały się absurdalnie trudne. Mnie brano na kilka strzałów, a ja się męczyłem z wrogiem, zadając mu kilkadziesiąt ciosów.

Ale to mniej istotne. Gorsze było odkrycie tego, czego mi w "Assassin's Creed" zaczęło brakować. Tu wszystko zamieniło się w epickie fantasy, co twórcy bardzo podkreślili obecnością przedmiotów i postaci o nadnaturalnej mocy. Mój bohater od początku jest killerem i potrafi wszystko. Poziomy lecą jak szalone. Penetracja silnie chronionej twierdzy to pikuś. A gracz, jak napędzany narkotykami, pędzi za tym wszystkim - za łupami, levelami, bitwami.

Ta przemiana ma jedną wadę. Odwiedzane przez nas lokacje przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Wielkie, antyczne Ateny? Oczekiwałem, że umrę z zachwytu, a przeszedłem przez nie całkowicie obojętne. W pogoni za atrakcjami, miasta pełnią całkowicie służebną rolę. Zwiad robimy w pięć sekund, nigdzie się nie trzeba skradać. Kilka zadań wykonanych? No to w drogę, biegniemy dalej.

Zabójcze tempo zabija mi też przyjemność z grania. Nie zdziwię się absolutnie, jeśli - po rocznej przerwie - Ubisoft ogłosi absolutny powrót do korzeni. Ukrywania się, wspinaczki i tajemnic, które nie będą coraz śmieszniejszym i coraz cieńszym wyjaśnianiem nitek połączeń dawnych czasów ze współczesnymi zakonami Templariuszy i Asasynów.

Polub WP Gry
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP