"Just Cause 4", czyli temu panu już podziękujemy

Seria "Just Cause" od zawsze była studnią pełną wybuchających beczek oraz pastiszu opowieści o tajnych agentach, egzotycznych dyktaturach i płomiennych rebeliach. Ale ta sama receptura po raz czwarty nie tylko nie smakuje. Tym razem jest też kiepsko wykonana.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Rico Rodriguez, główny bohater "Just Cause 4"
Rico Rodriguez, główny bohater "Just Cause 4" (Avalanche Studios)
WP

Jako wychowany na komediach spod znaku "Nagiej broni", ale i licznych filmach o Jamesie Bondzie, nie miałem wyboru. Pokochałem pierwsze "Just Cause" (rocznik 2006) od pierwszego wejrzenia. Połączenie latynoskiego maczyzmu, wesołego absurdu filmów Tarantino i Rodrigueza ze swobodą doboru drogi i pojazdu godną "GTA" dało cudowny efekt. Ale apogeum nastąpiło, gdy w 2010 r. nadeszła część druga.

Co tam się nie działo! Wybuchało dosłownie wszystko. Beczki, kanistry, butle, cysterny, auta, motory, ciężarówki, anteny(!), ogromne zbiorniki. A my niszczyliśmy te wszystkie ustrojstwa z radością na ustach, bo nie dość że należały do szkodliwego reżimu, to sianie chaosu było wewnętrzną walutą. Im większa rozwałka, im więcej wojskowych posterunków i baz obróciliśmy w perzynę, tym było lepiej. Wisienką na torcie stały się fabularne misje - naciągane, kanciaste, ale często mierzące w epickie starcia i wydarzenia, niczym z filmów o superbohaterach.

Czego chcieć więcej?

WP

Kiepski start

No właśnie, dobre pytanie. Gdy najedliśmy się do syta, propozycja na menu kolejnej uczty może nie wypaść najlepiej. Tym bardziej, że wyniki sprzedaży "Just Cause 2" nie były tak wysokie, jak zakładał wydawca, Square Enix. Studio Avalanche zostało oddelegowane do stworzenia gierki "Renegade Ops", płaskiej strzelanki w stylu gier z czasów 8 bitów. Na kontynuację "JC" przyszło czekać ponad pięć lat, a międzyczasie Avalanche zaprzęgnięto do tworzenia innych gier - jak bazujący na filmie "Mad Max" czy nadchodzący "Rage 2".

I wydaje się, że to inne zadania stały się dla studia priorytetem. Bo "Just Cause 3" z 2015 roku nie wyszło najlepiej. Niby chciało dobrze, oferowało rozmach czy popisowe starcia rebelii i wojska, ale gra wkurzała błędami, fatalną fabułą i bohaterami czy irytującymi mikro-misjami, od których zależy nasz postęp. Wszystkie te rzeczy przypomniałem sobie, gdy odpaliłem "Just Cause 4". Odkupienia nie ma - jest kolejna lista rzeczy, która zachęca mnie do wyłączenia gry.

Na starcie wgryzamy się w fabułę. Znów dyktatura i rebelia, ale tym razem w tle jest tajemnicza postać ojca Rico oraz potężne maszyny do kontrolowania pogody. Mogą tworzyć tornada, burze piaskowe czy piorunów. Brzmi ekstra! Przypominam sobie sterowanie. Ikoniczną już linką podciągam się w dowolne miejsce, otwieram spadochron i lecę. Gdy potrzebuję zanurkować, zwijam sprzęt i rozkładam wingsuita. Po drodze do celu zaczynają się pierwsze starcia. System strzelania zawsze był w "Just Cause" dosyć drewniany, więc nie mam o to żalu. Ale już o tę zupę z ciemnych barw, w których nie widzę, skąd do mnie strzelają, pretensje mam.

WP

A dalej nie jest lepiej

Fabuła robi lekki twist, ja ląduję pokiereszowany po środku niczego... ale po chwili okazuje się, że jednak kilometr od bazy rebeliantów. Gra zaczęła się w nocy, teraz jest już dzień i mogę w pełni przyjrzeć się grafice. Jest źle. "Just Cause 4" jest po prostu brzydkie. Momentami wygląda "ok", momentami jest "znośne", a momentami niemiłosiernie kłuje w oczy pikselozą i dziwnymi filtrami, gdy spróbujemy ponapawać się egzotycznym pejzażem. To nie jest jakość, jaką mogę zaakceptować po 2018 i takich grach jak "Spider-Man" czy "Battlefield V". Nawet "God of War" był w tym bardziej solidny.

Dobra, fragment o grafice odhaczony. Przejdźmy do tego, co najważniejsze - czyli siania chaosu. Twórcy wymyślili, że w nowej, fikcyjnej krainie (której nazwy nawet nie miałem ochoty zapamiętywać) będzie trwała cały czas wojna. Mamy mapę, widzimy linie frontu, a nawet je przesuwamy, po wykonaniu odpowiednich zadań. Fajnie, tylko niewiele z tego wynika. I tak poruszam się po świecie tak, jak mam na to ochotę. Po prostu w określonych miejscach nawalają na siebie z moździerzy i armat oddalone o jakieś śmieszne 200 metrów wojska. Próbowałem podejść i zrobić tam rozróbę, ale zjawiający się w kółko wrogowie albo losowe wybuchy szybko kończyły mój żywot albo zmuszały do ucieczki. Słowem wojna to gadżet wizualny, całkowicie niepraktyczny.

Co poza tym? Dominuje zasyp misji z cyklu tych, które dobrze znamy. Odbij bazę. Odbij naukowców. Dotrzyj do przełącznika i go wciśnij. Zabijaj wojsko reżimu. Ale nie wkurzam się na tę powtarzalność i monotonię. Bardziej mnie irytuje, że tym wszystkim wydarzeniom nie towarzyszy nic ciekawego, a dawna magia gdzieś uleciała. Nie widzę lepszej dynamiki i - co najgorsze - nie czuję gameplayowego uzasadnienia. W "Diablo III" robisz sałatkę z wrogów, bo to fajne samo w sobie, a do tego nabijasz pasek doświadczenia i liczysz na fajne przedmioty. W "Just Cause 4" nie czuję tego pędu, a wszelkie bonusy są schowane w tak ohydnie zrobionym menu, że odechciewa się mi się dociekać, co mnie czeka na dalszym etapie.

WP

Wszystko wisi na lince

Ktoś może powiedzieć, że marudzę, bo da się tu świetnie bawić - i nic to, że wszystko już było w części drugiej i trzeciej. Zgoda... pod warunkiem, że rozgrywki nie popsują się liczne bugi. Grafika. Niechlujne menu. Pomińmy to. Jaka jest sama esencja? Twórcy "Just Cause 4" mieli jeden świetny pomysł na rozwinięcie rozgrywki. Po raz pierwszy pozwalają na modyfikowanie naszej linki, żebyśmy mogli nie tylko czepiać się przedmiotów i pojazdów czy łączyć ich ze sobą, ale wywoływać też konkretne reakcje.

W jednej opcji każda linka połączona jest z balonem, który podnosi postać czy przedmiot do góry. Ustalamy czy ma lecieć parę metrów do góry czy do oporu. W innej linka przyciąga obiekty albo nadaje im pędu. Szereg kombinacji i funkcji, które da się "zaprogramować", pozwala na naprawdę kreatywną zabawę. To akurat wyjątkowo udana sprawa. Przez lata gracze tworzyli w "Just Cause" szalone akcje (albo wychodziły przez przypadek), a twórcy udostępanili gify na Facebooku. Domyślam się, że nowe gadżety już totalnie pozwolą zawładnąć rzeczywistością - przenosić czołgi czy robić deszcz wybuchających beczek.

Być może zdecydowanie bardziej wkręciłbym się w "linkowanie", gdyby reszta gry bardziej zachęcała do... czegokolwiek. Nie wciągnęła mnie ani satyryczna fabuła, ani wspieranie rebeliantów, ani odblokowywanie zrzutów ciężkiego sprzętu, ani zręcznościowe susy przy walce z żywiołami. Mam wrażenie, że po raz kolejny dostałem produkt niedopracowany, który niby wrażenie rozmachem, ale jednocześnie robi wrażenie budżetowej wersji samej siebie. Czy kupować? W ciągu ostatnich lat wyszły zdecydowanie lepsze open-worldowe gry.

WP
Polub WP Gry
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP