Złoto i Chwała: Droga do El Dorado

10.01.2001 00:01 | Autor: Jakub Kowalski

Po wydaniu obu części Broken Sworda firma Revolution na długi czas przycichła i milczeniem zbywała wszelkie prośby fanów o kontynuację serii z sympatycznym Georgem Stobbardem. Jedyne informacje dochodzące z brytyjskiej siedziby firmy dotyczyły gry In Cold Blood - w moim odczuciu średnio udanej, szczególnie, że tworzonej przez tak zasłużoną grupę jak Revolution przez tak długi okres czasu. Z tym...

Więcej na temat:
Złoto i Chwała: Droga do El Dorado

  • Developer: Ubi Soft Entertainment
  • Dystrybutor PL: LEM
  • Premiera PL: 0000-00-00
  • Platformy: PC
  • przejdź do karty gry

Po wydaniu obu części Broken Sworda firma Revolution
na długi czas przycichła i milczeniem zbywała wszelkie prośby
fanów o kontynuację serii z sympatycznym Georgem Stobbardem.
Jedyne informacje dochodzące z brytyjskiej siedziby firmy
dotyczyły gry In Cold Blood - w moim odczuciu
średnio udanej, szczególnie, że tworzonej przez tak zasłużoną
grupę jak Revolution przez tak długi okres czasu. Z tym
większym niepokojem podszedłem do Drogi do El Dorado, której
to gry Revolution jest współtwórcą.



    Pierwsza rzucająca się w oczy cecha gry to interfejs -
dokładnie taki sam jak w In Cold Blood, czyli
niezbyt wygodny, szczególnie w wypadku stuprocentowej niemal
przygodówki, a za taką właśnie uznaję najnowszą produkcję Revolution.
Przede wszystkim gry nie da rady obsługiwać myszą, ale do tego
nas twórcy gier przygodowych powoli przyzwyczajają. Tak na
marginesie ciekawym zjawiskiem jest odchodzenie twórców gier od
wygodniejszych systemów sterowania do dużo mniej intuicyjnych i
dużo bardziej upierdliwych... Nie rozumiem tego ruchu, wszak
pierwsze przygodówki były obsługiwane właśnie z klawiatury (weźmy
takie pierwsze części Larry'ego na przykład), a pojawienie się
gier obsługiwanych myszą witano wręcz entuzjastycznie. Cóż,
znak czasów najwyraźniej. Ale wracam już do recenzji właściwej
- jak napisałem, w Drodze do El Dorado naszych dwóch
bohaterów obsługujemy za pomocą klawiatury. Obsługujemy,
trzeba to powiedzieć wyraźnie, dość topornie; co ciekawe
Tulio i Miguel wykazują dużo większe tendencje do zacinania się
w rozmaitych miejscach tudzież intrygującego biegania w kółeczko
niż John Cord z In Cold Blood, co pozwala
stwierdzić, że gra była robiona w dużo większym pośpiechu
niż poprzednia produkcja Revolution. Ponieważ jednak
engine obu gier jest taki sam, Tulio i Miguel mogą podobnie jak
agent wywiadu spacerować w przykucu (tak autorzy gier rozumieją
termin 'skradanie się'), co podczas całej gry w Drogę do El
Dorado przydaje się dokładnie dwa razy. Zgroza, nie wiem po
co w ogóle implementowano taką funkcję, podobnie jak skakanie
(to dla odmiany wykorzystujemy tylko raz przez całą grę).



    Czyżby zatem grafika była tym, co ratuje grę przed porażką
w oczach recenzenta? Niestety nie... Nie wiem czemu Revolution
wydaje się nie znosić nowinek technologicznych (choć
akceleracja grafiki do takich już od dawna nie należy) i twardo
obstaje przy grach nie wspomaganych możliwościami współczesnych
kart graficznych. Jak to wygląda? Kanciasto, pikselowato i wręcz
obrzydliwie. Nie rozumiem, po co robić grafikę 3D, skoro
najwyraźniej zupełnie się tego nie umie, jednocześnie całkowicie
ignorując bagaż doświadczeń zdobyty przy tworzeniu przygodówek
z grafiką rysunkową, takich właśnie przygodówek jak obie części
Broken Sword... Najgorszy w tym wszystkim jest fakt, iż gra
stworzona została na podstawie filmu animowanego - zresztą całkiem
sympatycznego i miłego - w którym to filmie bohaterowie wyglądają
wręcz prześlicznie - ostra, mocna kreska, perfekcyjna animacja...
Tulio i Miguel z gry komputerowej to potworki przy Tuliu i
Miguelu z filmu animowanego, co zresztą może stwierdzić każdy
grający w Drogę do El Dorado, jako że część
przerywników filmowych została żywcem przeniesiona z tego właśnie
filmu. Aż żal patrzeć, jaki potencjał zmarnowali autorzy gry
decydując się na użycie grafiki trójwymiarowej zamiast
klasycznej rysunkowej...



    Interfejs nie, grafika nie... może więc fabuła jakoś
przyciąga gracza do monitora? Tu muszę odstąpić od zgryźliwego
tonu i przyznać twórcom jedno - fabuła jest naprawdę ciekawa
i zajmująca... szkoda tylko, że przez pierwszą połowę gry.
Potem cała historia całkowicie się rozłazi, śledząc tylko
co poniektóre wątki z filmu, a na dodatek nie uzasadnia
dlaczego akurat te, a nie inne wątki zostały przedstawione w
grze. Inaczej - nie ma praktycznie żadnego uzasadnienia wynikającego
z fabuły gry - również w przerywnikach filmowych - dla czynów
Tulia i Miguela. Nie muszę chyba mówić jak bardzo zniechęca
to gracza... Nie wiem jak wy, ale ja lubię wiedzieć po co daną
rzecz muszę zrobić, a nie tylko szukać rozwiązania jakiejś
abstrakcyjnej zagadki... Wprawdzie taka konstrukcja gry występowała
na przykład w Sanitarium, ale tam cała tajemniczość znajdowała
swoje uzasadnienie w końcówce gry. W Drodze do El Dorado
zaś autorzy ewidentnie szukali czegokolwiek, aby przedłużyć
czas spędzany przy grze. A czas ten jest żenująco krótki - całą
grę da się skończyć w mniej niż 3 godziny...


    Na szczęście element kluczowy dla każdego przygodówkowca
- zagadki - są w Drodze do El Dorado na odpowiednim
poziomie. Wprawdzie pod koniec gry, wraz z rozłażeniem się
fabuły, zdecydowanie spada ich atrakcyjność, ale jednak przez
większą część gry pozostawałem pod ich wrażeniem w
pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie są to tak wykręcone pomysły
jak w Escape from Monkey Island, ale nieraz trzeba się zastanowić
nad rozwiązaniem danego problemu dłużej niż 15 sekund.
Konstrukcja gry sprawia, że w danym momencie w ekwipunku naszych
bohaterów nie znajduje się więcej niż 4-5 przedmiotów, tak
więc konieczność męczącego używania wszystkiego na
wszystkim w Drodze do El Dorado właściwie nie występuje.
Dlatego też, ze względu na relatywnie niski poziom trudności,
główni adresaci gry - dzieci - będą się moim zdaniem przy
Drodze do El Dorado doskonale bawić. Do momentu, w którym
twórcy gry nie zdecydują się zaimplementować 'przedłużacza'
czasu spędzonego nad grą, czyli wstawki zręcznościowej. Tu
znowu dygresja - dawno, dawno temu na komputerze Amiga firma Delphine
Software wypuszczała całkiem niezłe przygodówki - na
przykład Operation Stealth czy też Future
Wars. W grach tych występowało po kilka wstawek zręcznościowych.
W następnych grach Delphine nie było już żadnych
elementów wymagających od grającego zręczności - firma wzięła
sobie do serca narzekania graczy, którzy oczekują nieco innego
typu rozrywki od gier przygodowych. Nie wiem czemu Revolution
nie słyszała o tej historii, a słyszeć powinna - ostatnie 25
minut (z niecałych 3 godzin - podkreślam) to szalenie irytujące
pseudozręcznościowe zabawy w stylu podejdź-szybko-bohaterem-i-przełącz-dźwignię-bo-inaczej-pająk-cię-zeżre,
zabawy całkowicie burzące dobry obraz gry jako przygodówki.



    Generalnie Droga do El Dorado bardzo mnie zawiodła.
Spodziewałem się śliczniej, RYSUNKOWEJ grafiki, dobrej
animacji i ciekawej fabuły (ta była wszak gotowa pod postacią
pełnometrażowego filmu animowanego), a dostałem bubla, który
nie dość, że potrafi być irytujący, to jeszcze jest za drogi
i za krótki. Całe szczęście, że lokalizacja jakoś wygląda,
bo inaczej to naprawdę byłoby beznadziejnie...

dodaj swoją opinię

Opinie (0):

Nick:*
Treść:*
 
Akceptuję regulamin serwisu i wyrażam zgodę na przetwarzanie przez Wirtualną Polskę S.A. moich danych osobowych dla celów związanych z zamieszczeniem opinii na stronach internetowych serwisu.
Wirtualna Polska S.A. w Gdańsku informuje, że zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, a ponadto Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.
 
 

Dodana opinia pojawi się na liście za kilka minut

Ten materiał nie ma jeszcze opini. Masz okazję by Twój głos pojawił sie tutaj jako
pierwszy! Nie czekaj - dodaj swoją opinię!

przejdź do forum wszystkie opinie (0)
obrazek
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska

Proszę czekać - ładowanie treści...