Szczególnie że cały turniej nie wprowadza żadnej rywalizacji, a wszystko jest odtworzeniem wybranych wcześniej dyscyplin. W kółko robimy to samo, nie czując przy tym ani satysfakcji, ani radości, tak jakby Vancouver było tylko i wyłącznie falą powtarzających się treningów. Trochę lepiej jest z wykonywaniem zadań czy też być może założeń taktycznych. Tutaj w każdej dyscyplinie mamy odpowiedni cel – utrzymać daną prędkość, zakończyć zjazd z danym czasem i tak dalej, co wprowadza odrobinę adrenaliny do zabawy. Zabawy w dosłownym znaczeniu tego słowa, bo na prawdziwych igrzyskach raczej nie spotkamy na torach dla snowboardzistów śniegowych bałwanów. Do tego bałwanów, które dostarczają bonusowych punktów za ich, że tak powiem, zaliczenie.
Co nam pozostaje? Słabiutka grafika, psująca klimat rockowa muzyka i możliwość wzięcia udziału w zimowych igrzyskach w trybie wieloosobowym dla czterech osób. Czy zabawa jest przez to lepsza? Nie, jeżeli próby bicia kolejnych rekordów czasowych w powtarzalnych, mało klimatycznych i ciekawych dyscyplinach nie są dla Was sposobem na zabicie nudy. Reasumując: nie warto, chyba że tak bardzo kochacie Zimowe Igrzyska Olimpijskie, że chcecie oddać im hołd, kupując tę plastykową perełkę o bardzo mylącej pasjonatów sportu nazwie Vancouver 2010.




