Jeżeli spodziewaliście się w Vancouver 2010 efektownego intra, zapomnijcie. Nie ma tu uroczystego rozpoczęcia olimpiady, nie ma pokazowych, efekciarskich filmów z poprzednich igrzysk, nie ma przedstawiania zawodników, nie ma tak naprawdę niczego. Jest za to ekran, który umożliwia wzięcie udziału w treningach, olimpiadzie, trybie challenge oraz pogrzebanie w opcjach. Biednie, prawda? Co gorsze, ta bieda towarzyszy nam przez całą rozgrywkę. I tak na przykład, gdy zdecydujemy się na zabawę, otrzymujemy możliwość wyboru jednego z dwudziestu czterech krajów, którego flagę chcemy reprezentować (na ponad 80 w rzeczywistości). I tyle. Zero kustomizacji avatara, zero zmiany strojów, zero indywidualności.
Ale, ale, w takich grach liczy się przede wszystkim wierne odwzorowanie poszczególnych dyscyplin, a nie samych zawodników. Przynajmniej tak to sobie tłumaczyłem, przechodząc do następnego ekranu – z wyborem konkurencji. I tutaj przeżyłem kolejny szok, bo okazało się, że gra oferuje tylko czternaście opcji, z czego większość jest tak oklepana, że grając w nie, odczuwamy klasyczne deja vu. Do tego nie ma dyscyplin bardzo dynamicznych i efektownych (hokej), do oglądania przy piwku (curling, moja miłość), tych bardziej damskich tudzież standardowych (jazda figurowa na lodzie) czy tych, na które z niecierpliwością czekamy (biathlon). A co mamy w zamian? Otóż mamy grupkę zawodów związanych ze zjazdami na świeżym powietrzu, kolejną – ze zjazdami w tunelach i ostatnią, którą można określić zwięźle: inne. Jako że te ostatnie są zdecydowanie najciekawsze, ich opis zostawię sobie i Wam na koniec.




