Los okazał się bardziej surowy dla Trona, który jednak urzekał uniwersum o bardzo konkretnym umiejscowieniu i wyjątkowej, wyróżniającej się do dziś stylistyce. Trzeba było czekać 28 lat, by zabrano się za jego filmowe wskrzeszenie. Tym samym jeszcze w tym miesiącu (w Polsce z około dwutygodniowym poślizgiem) do kin wejdzie Tron: Dziedzictwo. Na razie Disney oferuje swoiste wprowadzenie do niego, podawane w formie gry Tron: Evolution. Prequel kinowego sequela? Pokręcone, ale w swoim zamyśle logiczne.
Pierwszy film zatarł się mocno w mojej – i podejrzewam, że nie tylko w mojej – pamięci. Tymczasem Tron: Evolution rzuca nas na głębokie wody i nawet nie sili się, by przypomnieć wcześniejsze wydarzenia. Niczego nie ułatwiają też informacje zawarte w zwiastunach i materiałach prasowych Trona: Dziedzictwo. Zapewniam jednak, że po pewnym czasie wszystko układa się w całkiem spójną całość, a gra faktycznie zamienia się w pomost pomiędzy dwoma obrazami kinowymi. Uzupełnia lukę, nie krytyczną, niezbędną dla zrozumienia filmu, ale na tyle istotną, by zachęcić nas do kinowego seansu.
W grze wcielamy się w Anona (skrót od „anonymous”), który jest jedną z nowych aplikacji napisanych przez Kevina Flynna, bohatera oryginalnego Trona. W Dziedzictwie w tej roli powróci Jeff Bridges, w Evolution natomiast bardzo przekonująco wciela się w niego Fred Tatasciore, którego gracze kojarzą z kilku innych produkcji, w tym ze StarCraft II: Wings of Liberty (Zeratul), Mass Effecta (Saren) czy Gears of Wars (Damon Baird).


