Gdy trzecia część serii zadebiutowała na rynku w drugim kwartale ubiegłego roku, wiadomo było, że Electronic Arts spłodziło następny milionowy hit. Podczas gdy wydawca liczył kolejne setki tysięcy sprzedanych kopii, gracze robili dokładnie to samo, co przez ostatnie kilka lat, począwszy od roku 2000. Próbowali utopić bohatera w basenie bez drabinki, a jakże!
Poza blaszaki
Teraz The Sims 3 trafia na konsole. Nie jest to pierwsza odsłona serii przeznaczona dla urządzeń innych niż pecety, nie jest też na pewno ostatnia. Tym bardziej, że twórcy zdecydowali się na inne, bardziej swobodne podejście do rozgrywki, ograniczając tym samym przymuszanie graczy do wykonywania konkretnych czynności.
Pierwszą rzeczą, której obawiano się jeszcze przed premierą – na szczęście niepotrzebnie – jest sterowanie. Brak myszy i klawiatury, osobom, które straciły dziewictwo w czasie partii Simsów, może wydawać się przeszkodą nie do pokonania. Na szczęście aspekt ten zaskakuje pozytywnie, a EA zwyczajnie robi wszystko, by każda czynność polegająca na kliknięciu obiektu była sprecyzowana. Jeśli pojawia się wątpliwość, gra pyta nas, o który z elementów chodzi. Co prawda wydłuża to nieco czas, zwłaszcza gdy masowo przeklikujemy się przez przedmioty, ale jest to mała cena za uniknięcie frustracji.




