najbardziej, dlatego też z pewną dozą niechęci zabrałem się do
uruchomienia gry Team Buddies, przedstawianą mi przez znajomych
jako strategiczna zręcznościówka. Od razu, na wstępie, muszę rzec, iż moje
obawy okazały się mocno przesadzone. Team Buddies przypomina mi
bowiem jedną z moich ulubionych gier tego właśnie typu – jedyną, do której
zdołałem się przekonać. Mianowicie „Worms”.
Podobnie
jak w grze o zmaganiach małych, uzbrojonych robaczków, tutaj przyjdzie nam
poprowadzić do zwycięstwa swoją drużynę złożoną z niezbyt rozgarniętych
ludzików o idiotycznym wyglądzie. Gdy tylko ujrzałem ich po raz pierwszy,
dowiedziałem się wreszcie, jak mógłby wyglądać Rayman, gdyby został
zbudowany z klocków Lego. Choć podczas obcowania z grą kilku moich znajomych
stwierdziło, iż wygląd stworków jest jak najbardziej na miejscu i całkowicie
im opowiada. Nie mam zamiaru dyskutować na ten temat i udowadniać swoich racji
– w sumie prezencja bohaterów jest w takich grach sprawą drugorzędną. A
owalne knypki pasują w sumie do reszty gry, opanowanej przez specyficzny
klimat.
Zasady gry są umiarkowanie
skomplikowane – można pojąć o co chodzi już podczas pierwszego starcia. Na
wszelki wypadek jednak wspomnę, iż mamy tu do czynienia z pewną odmianą gry
strategicznej. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to widok z góry, pod
pewnym kątem. Nasz bohater zostaje umieszczony na polu walki i pozostawiony w
naszych rękach. Mamy za zadanie pomóc mu zwyciężyć pozostałe drużyny i
okryć się chwałą. Jak tego dokonać? Do dyspozycji oddano nam dwa najważniejsze
obiekty strategiczne – pierwszym z nich jest nasza główna kwatera, której
należy strzec jak oka w głowie, bowiem od jej nagłej utraty może zależeć
nasza niespodziewana porażka. Drugim jest miejsce, gdzie za pomocą kolorowych
skrzynek rozrzuconych po mapie możemy tworzyć niezbędne do zwycięstwa
obiekty. Już tłumaczę, na czym polega ta trudna sztuka. Pole mieści 4
skrzynki, ale możemy ustawiać je również wzwyż. Różne ich ułożenia
zaowocują odmiennymi efektami. Możemy więc zbudować sobie kompana
(maksymalnie możesz mieć trzech wspólników), broń, jakieś dodatki,
ulepszenia, itp. (można także od czasu do czasu znaleźć niebieską skrzynkę,
która dołączona do konstrukcji, nada jej efektowi specjalne właściwości).
Sztuką jest jednak zbudować np. czołg, gdy pachołki przeciwnika bez przerwy
szturmują Twoją fortecę nie dając chwili wytchnienia. Musisz więc
odpowiednio wypośrodkować i część czasu pozostawić na odpieranie ataków,
szturm (by utrudnić nieco przeciwnikowi życie) i dopiero wtedy myśleć o
rozwijaniu swej małej armii. Przez cały czas możesz przełączać się pomiędzy
podopiecznymi i wydawać im polecenia, które w miarę możliwości będą
realizować. Szybkie podejmowanie decyzji i kontrola nad każdym z
małych wojowników są tu szalenie ważne, gdyż pozostawieni samym
sobie potrafią robić różne, niezbyt mądre rzeczy.
Dla samotnego gracza przewidziano
rozrywkę na długie zimowe wieczory. Jest tego sporo. Na początku jest w miarę
łatwo, ale już po kilku etapach poziom trudności wzrasta dość drastycznie.
Owocuje to kilkukrotnymi podejściami do poszczególnych misji, co pozwala
znacznie wydłużyć czas rozgrywki. Prawdziwa zabawa zaczyna się jednak
dopiero wtedy, gdy do gry zasiądzie przynajmniej dwóch (a najlepiej czterech)
graczy. Tryb Split Screen pozwala grać w czwórkę na jednym,
podzielonym ekranie. Zabawa jest przednia. Szybka budowa, walka, eksplozje, ogólny
czad! Nasz entuzjazm momentami zdawały się nieco ostudzać zauważalne
zwolnienia animacji (podczas dużej zawieruchy na ekranie konsola po prostu nie
wyrabia się z liczeniem kolejnych klatek). Mimo to jednak gra się naprawdę
doskonale.
Warto wspomnieć o szacie graficznej
produktu, która (jeśli przyzwyczaimy się do nieco dziwnego designu postaci)
prezentuje się naprawdę ciekawie. Jest kolorowa, ale niekoniecznie
„cukierkowa”. Gdzieniegdzie płynie strumyk, widać sporo szczegółów, ale
i tak nie sposób koncentrować się na nich w ferworze walki, która również
została przedstawiona ciekawie i w miarę przejrzyście. Wybuchy, strzały, broń.
To wszystko jest na miejscu, podobnie jak efekty dźwiękowe ładnie komponujące
się z resztą oprawy.
Musze przyznać, iż podczas mojego
spotkania z Team Buddies nadzwyczaj mile się rozczarowałem. Od
czasów Wormsów nie natrafiłem jeszcze na grę o podobnej
tematyce, a do tego dobrze wykonaną i wciągającą. Nie dorównuje ona oczywiście
przygodom Robaków, ale jest to tylko i wyłącznie moja subiektywna opinia.
Znam osoby, które obie gry stawiają na równi, a nawet głoszą wyższość TB
nad glistami pełzającymi z bazookami w łapkach. Proponuję wypróbowanie gry
przed zakupem, choć niewykluczone, że jeśli jesteś fanem multiplayerowych
rzeźni zechcesz mieć w swej kolekcji zarówno Worms jak i TB.
Ja nie omieszkam.

