Za moją miłość, sukinkocie
Oto bowiem tytułowy Shank pada ofiarą własnych ambicji i „znajomych”, którzy pojawili się wraz z nimi. Przeszłość mafijna i próba udowodnienia lojalności doprowadzają do porwania i odesłania „na drugą stronę” miłości naszego bohatera. Tak, to ten etap, kiedy dawni towarzysze stają się nagle kolejnymi punktami na liście gołąbków do odstrzału.
Już pierwsze minuty gry pozwalają obserwować sceny, w których Shank obija żuchwy, odcina kończyny i ogólnie sieje zamieszanie w jednym z barów. W ten błyskawiczny i efektowny sposób zdobywa główne środki eliminacji oponentów. Dwa ostre noże, pistolety i piła mechaniczna to zestaw dla prawdziwego twardziela. I to on posłuży nam przez większość rozgrywki, rzecz jasna, uzupełniany o miniguny, porcje granatów i inne gadżety.
Najbardziej zachwycającym elementem produkcji studia Klei Entertainment i jednocześnie chyba jedynym aspektem, co do którego zbrodnią byłoby mieć zarzuty, jest oprawa graficzna. Gdyby poproszono mnie o osobisty ranking najbardziej zaskakujących wizualnie gier, bez wątpienia Shank wylądowałby na jednym z pierwszych miejsc.
Wszystko dlatego, że tytułowi zaserwowano rewelacyjną, bardzo klimatyczną grafikę stylizowaną na komiks. Prawdę mówiąc, z największą przyjemnością zaprenumerowałbym serię komiksów stworzonych przez rysowników gry. Autorzy Shanka bawią się stylistyką, światłem, ostrością. Z przyjemnością patrzy się na przywiązanie do szczegółów, zwłaszcza przy rysowaniu postaci występujących na ekranie. Z początku bałem się, że przez specyficzny styl gra zanudzi mnie wtórnością poziomów. Nic bardziej mylnego!




