Męcząca sztampa
Po wybraniu odpowiedniego treningu, podkładu muzycznego (duży plus za możliwość odtwarzania własnych MP3 znajdujących się na dysku konsoli) i lokacji przechodzimy do rozgrywki. A raczej sporego wysiłku, który sprawił, że po 20 minutach „zabawy” z My Body Coach 2 musiałem pomyśleć o prysznicu. Jest to więc świetny sposób na to, by wziąć się za siebie i popracować nad kondycją bez wychodzenia z domu.
Na ekranie wyświetlają się dwie postacie: nasza i trenerki, w którą wcieliła się niejaka Valérie Orsoni. Z pudełka wynika, że jest to znana postać w świecie hollywoodzkiego fitnessu. Będąc ignorantem w tej kwestii, mogę jedynie stwierdzić, że pani (panna?) Orsoni ma specyficzny francuski akcent, który co chwilę słyszymy w jej anglojęzycznych wypowiedziach. Każde kolejne ćwiczenie jest dobrze zaprezentowane i nie ma większych problemów z ich powtarzaniem. Na szczycie ekranu widać nasze odbicie, dzięki czemu możemy z łatwością skorygować pozycję względem kamerki. Jest to ważne, gdyż często zdarzało mi się wyjść poza kadr i nie było widać ruchów Move’a, o czym informowała mnie odpowiednia ikonka.
Problem z wirtualną trenerką jest jak zwykle ten sam co w innych tego typu produkcjach. Valérie co chwilę stara się nas zmotywować lub skorygować źle wykonywane ruchy, co sprowadza się do ciągłego powtarzania dwóch, trzech kwestii. Nie potrafię zliczyć, ile razy w ciągu jednego treningu usłyszałem, że „moje ramiona są w odpowiedniej odległości”. Z drugiej strony po kilku minutach przestajemy skupiać się na tym, co trenerka mówi, i po prostu robimy swoje, obserwując kolejne ćwiczenia.
My Body Coach 2, pomimo 130 różnych aktywności, nie wyróżnia się niczym szczególnym. Ciągłe powtarzanie ćwiczeń, komend i komentarzy, upływający czas, (umowne) naliczanie spalanych kalorii – wszystko to już było we wcześniejszych produkcjach.
Zatańczymy? Nie, dziękuję
Nowością w My Body Coach 2 jest taniec, który widnieje w podtytule. Niestety, jest to element wyraźnie wsadzony na siłę i trudno oczekiwać, by ktokolwiek ucieszył się z jego obecności. Wybieramy spośród zaledwie sześciu piosenek, do których przypisano po dwa warianty choreograficzne. Rozgrywka sprowadza się do znanej z gier tanecznych formuły, ale robi to bardzo nieudolnie. Ikony kolejnych ruchów, które mamy wykonywać, są małe i źle umiejscowione. Poza tym niewiele z nich wynika, zatem zagorzałym tancerzom pozostaje nauczyć się układów na pamięć. Inaczej zabawa z trybem tańca będzie niezbyt satysfakcjonująca.
Innym mało przydatnym elementem jest kalendarz z rekomendowaną dietą. Konsola generuje spis potraw na każdy dzień, by miłośnik domowego fitnessu mógł uzupełniać katorżnicze ćwiczenia o „odpowiednio” zbalansowane posiłki. W praktyce jednak wiadomo, że opracowanie odpowiedniej diety dla konkretnego człowieka nie może opierać się wyłącznie na podanych przez nas danych, takich jak wiek, waga czy płeć. Należy więc z nieufnością podchodzić do „konsolowego jadłospisu”, bo niektórym może po prostu zaszkodzić.
Valérie Orsoni w każdym domu?
Nie ukrywam, że po My Body Coach 2: Fitness & Dance nie spodziewałem się żadnego przełomu. Miałem już do czynienia z różnymi tytułami z tego gatunku i zdążyłem zauważyć, że trudno wybić się w nim z grona bliźniaczo podobnych produkcji. Oferta Big Bena jest klasycznym przykładem gry fitnessowej, która powiela schematy i typowe bolączki (nie zawsze dobre odczytanie ruchów kontrolera, powtarzanie tych samych kwestii), ale jednocześnie warta jest uwagi tych, którzy jeszcze nie poznali tego typu aktywności. Ciężarki z zestawu są niezłym dodatkiem i elementem, który wyróżnia My Body Coach 2: Fitness & Dance na półce sklepowej. Z pewnością lepsze to niż machanie samymi rękoma, jak ma to miejsce w konkurencyjnych produkcjach.
Pomijając słaby taniec i niezbyt potrzebnego konsolowego dietetyka, My Body Coach 2: Fitness & Dance dobrze sprawdza się w roli domowego fitnessu. Jeżeli nie macie tego typu gry na półce, a czujecie, że pora się za siebie zabrać, możecie śmiało uderzać do sklepu po treningi Valérie Orsoni.




