Choć opakowanie gry zdobi wdzięczne logo Activision Blizzard, tytuł powstał w studiu Virtuos – zajmującym się wyrobnikowym tworzeniem produkcji na licencji i konwersji, mającym na koncie MotorStorm: Arctic Edge na PS2, Beowulf na PSP czy Sid Meier's Pirates! przeznaczone dla Wii. Pozycja traktująca o monster truckach byłby typowym średniakiem, gdyby nie zabrakło w niej podstawowych rzeczy, jakich wymagamy od gier o wielkich samochodach jeżdżących po innych wozach.
Jak dzieci, jak dzieci...
Pierwszym momentem, gdy poczujemy się potraktowani jak idioci, jest otwarcie opakowania. Już na okładce wymienione jest „custom wheel”, czyli „kierownica” okalana zielonymi „płomieniami”. To tak, jakby owczarkowi niemieckiemu założyć kokardkę – zmieni jego wygląd, ale niekoniecznie doda powagi, a już na pewno nie zwiększy przyjemności z posiadania. Cała kierownica to tak naprawdę plastikowa nasadka, w którą wkładamy standardowy pad od PlayStation 3.
W „custom wheel” nie znajdziemy dodatkowych przycisków, a kilkadziesiąt gramów sztucznego tworzywa wyprodukowanego po kosztach w Chinach w żaden sposób nie wpływa na przyjemność z rozgrywki. Twórcy byli przynajmniej tak wspaniałomyślni, że dorzucili do opakowania 25 naklejek, które możemy sobie przykleić na tę „kierownicę”. Bomba. Sam bardzo szybko pozbyłem się tego ustrojstwa, co przywróciło choć podstawową przyjemność z gameplayu.




