„Widzę Lynch, że dalej masz narąbane we łbie”
Tym razem głównym bohaterem historii jest psychopatyczny, brutalny i nadpobudliwy Lynch. Koleś po burzliwych wydarzeniach, które pamiętamy z pierwszej części, ustatkował się na dobre w Szanghaju. Ma skośnooką, ciemnowłosą dziewczynę, a poza tym pracuje dla lokalnego gangstera Glazera w branży niekoniecznie legalnej. W pewnym momencie do Szanghaju przylatuje Kane, skuszony okazją zarobienia łatwych pieniędzy. Sprawę nakręca Lynch. Trzeba przewieźć pewien ładunek do Afryki i odebrać wypłatę. Szablonowe zlecenie. Tylko Lynch musi jeszcze nastraszyć jakiegoś faceta, który podpadł Glazerowi, a potem można już lecieć.
To nasza pierwsza misja i od razu rzuca się w oczy szorstka, chropowata, wręcz surowa oprawa wizualna. Kamera umieszczona jest tuż za plecami głównego bohatera vide Gears of War. Kiedy biegniemy, mamy wrażenie, że tuż za nami leci jakiś reporter z tandetną, tanią kamerą. Obraz mocno się trzęsie, aż do przesady. Trudno wtedy zorientować się, z której strony do nas strzelają. Na dodatek jest ciemno, mroczno i czasami straszno. I tak praktycznie przez całą grę. O, tak. Dog Days jest surowe, ale przy tym także piękne.
„Miałem tu życie, wiesz? A potem ty się zjawiłeś”
Sprawa się rypła. W czasie tej, można powiedzieć, rutynowej akcji przypadkowo ginie osoba, która była bardzo ważna dla największego gangstera i zarazem najpotężniejszego człowieka w całym Szanghaju. Nie wygląda to dobrze i nasz wybuchowy duet doskonale o tym wie. Później sytuacja staje się jeszcze bardziej beznadziejna. Panowie zamierzają więc uciec z Szanghaju, ale dla Lyncha sytuacja przybiera dodatkowo jeszcze gorszy obrót.
Kane i Lynch mają przerąbane i to solidnie. Facet, któremu się narazili, trzyma w garści policję i wojsko. Dlatego nasi bohaterowie nie mogą liczyć na niczyją pomoc, walczą we dwójkę praktycznie z całym miastem. Widzimy, że Lynch jest zdesperowany i wściekły i jest gotów zabić każdego, kto mu przeszkodzi w doprowadzeniu sprawy do końca. A Kane stoi gdzieś z boku. Niby chce rzucić to w cholerę i uciekać, ale z oddaniem pomaga kumplowi. Doskonale wczuwamy się w ich położenie. Kapitalna sprawa.
W pewnym momencie stwierdziłem z uśmiechem, że gra nie jest tak realistyczna, jak wcześniej wyrokowałem. W ciągu kilkudziesięciu godzin Kane i Lynch zabijają z pół miliona policjantów, żołnierzy, komandosów, strażników, najemników i niemało cywili. Z karabinem maszynowym na plecach biegamy po rozświetlonych neonami ulicach wysadzamy w powietrze restauracje, niszczymy radiowozy, demolujemy biurowce. Rambo byłby nieprzyzwoicie zazdrosny.
„To jest jakaś pieprzona wojna domowa!”
Lynch może dźwigać naraz tylko dwie sztuki broni, której jest spory wybór. Mamy pistolety, strzelby, pistolety maszynowe i najróżniejsze karabiny. Granatów nie ma, są za to butle z gazem i kanistry z benzyną, którymi możemy rzucać. Deweloper wprowadził sporo zmian, aby ułatwić nam zabawę. Tym razem do osłon przylegamy nie „z automatu”, ale naciskając odpowiedni guzik. Kryjemy się za wszystkim, co daje choćby minimalną ochronę. A trzeba uważać, bo zginąć jest bardzo łatwo, przeciwnik strzela wyjątkowo celnie. Jest cwany, ruchliwy, agresywny. Potrafi zaskoczyć, atakując z flanki. Zdrowie regeneruje się automatycznie. Nie trzeba już leczyć towarzysza, który jakoś radzi sobie sam (nieśmiertelny czy co?).




