Jane Jensen na wiele lat znikła ze świata gier komputerowych, a przecież swego czasu okrzykniętą ją pierwszą damą przygodówek. Wielu fanów perypetii Gabriela Knighta z żalem wspomina koniec tej serii. Po cichu liczyli oni, że temat kiedyś odżyje. Jak na razie nic jednak nie wskazuje, by ich nadzieje miały się spełnić.
Teraz, po latach przerwy, twórczyni antykwariusza z wyjątkowym talentem do pakowania się w rozmaite kłopoty oferuje nowy tytuł. Jak to mówią – ciągnie wilka do lasu. Gray Matter, bo to o nim mowa, tak jak wcześniej Gabriel Knight, jest grą przygodową. I całą swoją zawartością dowodzi, że nie jest to „wymierający gatunek”.
Recepta na dobrą produkcję
Tworząc GM, Jane Jensen udowodniła, że w najmniejszym stopniu nie straciła wyczucia. Wszyscy doskonale wiedzą, że gry przygodowe swój sukces opierają na fabule i nastroju. Graficzne fajerwerki są w nich przesadą – owszem, sceneria ma być przyjemna dla oka, ale nie musi być super-wypaśnie-megarealistyczna. W sumie dotyczy to również innych elementów ocenianych w pozostałych grach. Fizyka i SI w zasadzie nie istnieją, a akcja jest czymś pobocznym. Przygodówka ma być starciem intelektów, uatrakcyjnionym odpowiednią historyjką.



