O swoim pierwszym zetknięciu się z tytułem studia z Cambridge pisałem przy okazji pierwszych wrażeń. Muszę wyznać, że od tamtego czasu moja opinia niewiele się zmieniła, a podziw nad niespodziewanie zmyślnie zrealizowanym gameplayem jedynie wzrósł. Przy tym wszystkim nieco dziwne może się wydać, że dość ciężko mi wypowiadać się obszerniej o Enslaved: Odyssey to the West. Nie dlatego, że to gra kłopotliwa – po prostu pisząc o niej standardową recenzję, czuję się, jakbym odzierał ją z uroczego klimatu, który chłonąłem, jednocześnie nie wiedząc, czego mogę się spodziewać.
Urok apokalipsy
Obowiązek to obowiązek, postaram się jednak najciekawsze smaczki zachować w tajemnicy, ponieważ już teraz chcę zaznaczyć, że Enslaved naprawdę trzeba odkrywać samemu, o ile jest się zwolennikiem gier pokroju Uncharted czy Prince of Persia. Wszystko za sprawą scenariusza rodem z kina akcji, w którym wraz z głównymi bohaterami przemierzamy pewną drogę. Nie ma tu miejsca na własne wybory, a rozterki moralne przeżywamy tylko wtedy, gdy są one częścią dylematów kierowanych przez nas postaci.
Zresztą o samym świecie gry wiemy dokładnie tyle co osoby na ekranie. Czyli niewiele. Trafiamy przecież na postapokaliptyczną Ziemię, która po paru dekadach od wielkich wojen radzi sobie zadziwiająco dobrze i po niemal całkowitym wyginięciu rasy ludzkiej wreszcie odżyła. Przed nami więc wędrówka wyznaczoną przez autorów utartą ścieżką. I wiecie co? Brakowało mi takiego podejścia. Czasami warto odpuścić rozterki co do pewnych decyzji na rzecz jednej sprecyzowanej opowieści.
A wszystko przez bohaterów Enslaved. Kierujemy tu poczynaniami mężczyzny bez imienia, który każe nazywać się Monkeyem. Towarzyszy mu Trip, dziewczyna, która – by dostać się do rodzinnej wioski – w akcie desperacji zakłada naszemu alter ego urządzenie, wymuszające na nim pewne posłuszeństwo. Jej śmierć oznacza jego śmierć. Jego odejście i porzucenie jej na pastwę losu – tak samo. Obręcz jest przedmiotem stosowanym przez łowców niewolników, jednak w tej historii szybko staje się jednym z budulców tej znajomości.
Monkey bywa bezpośredni. Jest duży, silny i zwinny, a przy tym zamknięty w sobie. Takiej osoby potrzebuje Trip, by przedrzeć się przez miasto pełne czekających na ich potknięcie mechów. Relacja między tą dwójką to splot obaw o własne życie, wyrzutów, niepewności, ale i radości z odniesionych sukcesów. Czy ze zniewolenia może narodzić się zaufanie? Odpowiedź nie jest do końca oczywista, a temat obręczy niech pozostanie tajemnicą do czasu, kiedy zdecydujecie się zagrać w Odyssey to the West.




