Recenzja
- Call of Juarez: Więzy Krwi
- PS3
Call of Juarez: Więzy Krwi
28.07.2009 00:07
Więcej na temat:
Call of Juarez: Więzy Krwi
- Developer: Techland
- Dystrybutor PL: Techland
- Premiera PL: 2009-07-03
- Platformy: PC PS3 X360
- przejdź do karty gry
Jak to w prequelach bywa, najważniejszym zadaniem producentów jest stworzenie ciekawej fabuły. W tym wypadku ciekawej i idealnie splatającej się z Call of Juarez. I to się udało: akcja została przeniesiona dwadzieścia lat w przeszłość, a my bierzemy udział w opowieści o trzech braciach McCall: Rayu, Thomasie i Williamie. Historia zaczyna się, gdy Ray i Thomas w szeregach wojsk Konfederacji próbują wypędzić z Południa wojska Unii. Chwilę później obaj żołnierze lądują na bezrobotnym i jako klasyczne łachudry i huncwoty postanawiają dorobić się jak najmniejszym kosztem. Dlatego też wraz z trzecim bratem, Williamem, wyruszają na południe kraju w poszukiwanie skarbu Juarez. Tam znajdują przede wszystkim bandę prowadzoną przez znanego przestępcę Juana (arch nemesis w drugiej części), Apaczy, Komanczów, Navaho oraz ścigającego ich wszędzie dowódcę Południowców. Oczywiście większość z owych typków trzeba zastrzelić, co nie przeszkadza cieszyć się fabułą, która oprócz kilku skoków czasowych na początku gry w dalszej jej części jest bardzo sensownie dawkowana.
W Call of Juarez wcielamy się w dwóch braci, Raya i Thomasa, przed każdym etapem (z bodaj trzema wyjątkami) wybierając, czyimi oczami będziemy obserwować świat. Ray jest prawdziwym rewolwerowcem: pcha się, gdzie nie trzeba, robi zadymy z dwóch coltów naraz i kulom się nie kłania. Thomas nie lubi być w centrum walki: woli przysiąść sobie pod drzewem, by z łuku lub snajperki eliminować przeciwników. Gra obiema postaciami różni się nieznacznie: Ray to klasyczny bohater shooterów, natomiast Thomas czasem poskacze po skałach, rzuci lasso czy wespnie się na drzewo. Bohaterowie pomagają sobie: a to Thomas wskoczy na dach budynku, by po chwili wciągnąć tam Raya, a to Ray ostrzela wrogów, by drugi brat mógł przenieść się na snajperską miejscówkę i tak dalej. Jest to fajnie pomyślane, tym bardziej dziwi więc fakt, że tym, czego zdecydowanie zabrakło, jest tryb cooperative, a wydawałoby się, że gra jest specjalnie podeń tworzona. Prawdopodobnie dopiero wtedy w stu procentach docenilibyśmy walory obu postaci, bawiąc się w westernowe Army of Two. A tak jest „tylko” dobrze.
Bohaterowie różnią się nie tylko sposobem eliminacji przeciwnika i używanej do tego broni. Różnią się również specjalnymi trybami strzelania, które uzyskujemy, niszcząc przeciwników. Po uruchomieniu koncentracji otoczenie praktycznie się zatrzymuje, zaś Ray kursorem zaznacza cele, w które ma oddać strzał (a może ich oddać dwanaście), po czym w kilka sekund trafia we wskazane miejsce. William automatycznie namierza cele, a po każdym wystrzale trzeba prawym analogiem przeładować gnata. Dodatkowo mamy jeszcze wspólny dla obu graczy slow-motion, gdy razem wbijają do jakiegoś pomieszczenia: widzimy wtedy dwa zbliżające się do siebie markery, które musimy nakierowywać analogami na przeciwników, by oddać strzał.




