Po paru godzinach z Bioshockiem 2 i odkrywaniu zalet usprawnionej mechaniki gry, przychodzi w końcu objawienie – jego fabuła też naprawdę nie jest zła! Tak jak historia opowiedziana w pierwszej części była, efektowną, bo efektowną, ale mimo wszystko trochę jakby „bezduszną” układanką, na której kolejne elementy patrzyliśmy bardziej z ciekawością zaintrygowanego, ale obiektywnego, badacza niż zaangażowanego emocjonalnie uczestnika wydarzeń, tak scenariusz Bioshocka 2 potrafi zadziałać na zupełnie innym poziomie. Pytania o ludzkość i idee społeczne zastąpiły tu nie mniej ważkie, ale jakoś dużo nam bliższe bezpośrednio, kwestie jednostki. Gra w subtelny i nienatrętny sposób odwraca problematykę pierwszej części, rozważając ideę utopii od zupełnie innej strony – pytając nie: „jakie warunki sprawiłyby, że człowiekowi żyłoby się najlepiej jak to tylko możliwe”, ale: „jaki musiałby być człowiek, by móc stworzyć dla siebie i innych takie właśnie warunki, i jaką cenę przyszłoby mu za to zapłacić.”
Jednak największą chyba zaletą fabuły jest to, że jej twórcy podeszli do historii opowiedzianej w pierwowzorze z należytym szacunkiem. Nie silili się na efekciarstwo (może też właśnie z tego powodu potrzeba trochę czasu, by się do fabuły Bioshocka 2 przekonać), nie mieli na celu zaszokowania (ugh) gracza tanimi środkami, a nade wszystko nie wpadli w nietrudną do uniknięcia pułapkę „zróbmy to samo, tylko jeszcze więcej”, która zabiła chociażby filmowe sequele Matriksa czy Piratów z Karaibów. Miast stawiania historii Rapture na głowie, zdecydowali się na jej rozwinięcie i uzupełnienie tak, że – skończywszy rozgrywkę – naprawdę patrzymy na wydarzenia z obu części jak na jedną całość. Po tak, wydawałoby się, zamkniętej i pełnej historii, jaką był pierwszy Bioshock, to naprawdę godne pochwały osiągnięcie.
Wszystkie przedstawione w grze wydarzenia poznajemy w dokładnie taki sam sposób jak w części pierwszej, opierając się przede wszystkim na komunikacji radiowej z sojusznikami i wrogami oraz odnajdując rozsiane tu i ówdzie nagrania, przybliżające historię odwiedzanych miejsc i związanych z nimi postaci. Stawiane przed graczem zadania też nie odbiegają od schematów z poprzedniej odsłony, jesteśmy więc ganiani po kolejnych lokacjach w celu zdobycia jakichś kluczowych przedmiotów bądź włączenia nie mniej istotnych mechanizmów, pozwalających na przejście do kolejnego miejsca, gdzie wszystko zaczyna się od nowa. Ale znów, lepsze wyważenie poszczególnych elementów gry sprawia, że całość nie nudzi ani przez chwilę – bo: a to niespodziewanie wyskoczy na nas Big Sister (żeńska, szybsza, bardziej zabójcza wersja Big Daddy'ego), a to zboczymy ze ścieżki, by wydobyć ADAM-a z kolejnego nieszczęśnika, a to, kto wie, być może zauważymy, że brakuje nam już bardzo niewiele do kolejnej nagrody za badanie przeciwników za pomocą kamery (bardzo godnie zastępującej aparat z pierwszej części) albo postanowimy odbić kolejnemu Big Daddy'emu jego Little Sister.
Na dokładkę twórcy nie poskąpili nam też wyborów moralnych, które tym razem – poza analogicznymi do części pierwszej decyzjami dotyczącymi „siostrzyczek” – obejmują także kilka sytuacji związanych bezpośrednio z fabułą. Co zaskakujące – ich konsekwencje widoczne są nie tylko w zakończeniu, ale w jaki sposób – to już będziecie musieli zobaczyć sami.
U podstaw Bioshocka 2 leży owa wcale-nie-tak-ryzykowna hipoteza, którą przyjęliśmy na potrzeby tej recenzji. Jego twórcy byli najwyraźniej przekonani, że wszystkie decyzje, jakie zostały podjęte podczas tworzenia pierwszej części, były w pełni świadome, przemyślane i nie ma najmniejszych powodów, by się z nich teraz cichcem wycofywać. Zamiast tego postanowili przekonać do tego również nas. Ceną, jaką za to zapłacą, będzie zapewne to, że Bioshock 2 – w zdecydowanym odróżnieniu od swego poprzednika – raczej nie zostanie jedną ze wzbudzających najżywsze dyskusje gier roku. Ciągle jednak może zostać jedną z najlepszych.



