Alone in the Dark

04.12.1999 00:12 | Autor: Michał Zacharzewski

Klasyk Survival Horroru nawiązująca stylem do opowiadań H.P. Lovecrafta!

Więcej na temat:
Alone in the Dark

H.P. Lovecraft był jednym z największych mistrzów horroru. Na motywach jego książek powstało co najmniej kilkanaście gier. Jedną z pierwszych, a zarazem najlepszych, było
Alone In The Dark. Program ów ukazał się w 1992 roku, w czasach, kiedy gry były płaskie jak deska, krótkie i na ogół niesamowicie trudne (w porównaniu do dzisiejszych). Wykorzystując te słabości współczesnych mu tytułów AITD zaoferował coś więcej. Zaoferował survival horror. Klasyczny, niezbyt rozwinięty wówczas gatunek, który dziś, w czasach triumfów PSX-owej serii
Resident Evil, jest na fali. Strach i zombiaki kochają bowiem wszyscy - albowiem wiąże się z nimi zarówno krew, jak i adrenalina & emocje. Podobnie było i wówczas. Gracze anno domini 1992 również szaleli za jatką pełną juchy i umarlakami stąpającymi po ekranie. I tak dzieło francuskiej kompanii Infogrames, znanej wówczas głównie dzięki strategii z elementami zręcznościówki - North & South, odniosło sukces, o którym wielu marzyło.


Ale po kolei. AITD opowiada o dzielnym prywatnym detektywie Edwardzie Carnbym, sympatycznym, nieco podtatusiałym wąsaczu (podobno to starszy brat Pegaza z
Secret Service), którego sytuacja finansowa zmusiła do przyjęcia kolejnego zlecenia. Niejaka Emily Hartwood (druga postać w grze - jeśli ktoś nie lubi detektywów...) wynajęła go, by przeprowadził śledztwo w sprawie tajemniczej śmierci jej wuja Jeremiasza. Facet powiesił się na strychu, jednak powszechnie wiadomo, iż wpływ na ów zgon miał kiepski stan psychiczny denata (tzw. obłąkanie). A wszystko przez Decreto - potężną willę, w której nieszczęsny wuj zamieszkiwał. Emily pragnęła, by Edward rozejrzał się po domu, to jest przyjrzał się dokładniej sprawie, a przy okazji przyniósł list, który ani chybi denat jej pozostawił. Carnby wsiadł więc w swój ulubiony samochód i po półgodzinnej jeździe był już na miejscu. Swe kroki skierował na strych, gdzie nie dalej niż miesiąc wcześniej policja znalazła ciało zmarłego. Tam właśnie rozpoczął poszukiwania... 


AITD miała jeden niepodważalny atut - niesamowitą grafikę wykorzystującą (w 1992 roku) trójwymiarowe modele postaci! Przypominało to cuda, jakie dziś widzimy chociażby w
Nocturne czy mającym już kilka lat City Of Lost Children, oczywiście w odpowiednio prostszym (patrz wymagania sprzętowe) wydaniu. Gracz steruje postacią składającą się z kilkudziesięciu płaszczyzn, łazi wraz z nią po wcześniej przygotowanych tłach przedstawiających fragmenty nawiedzonego domu. Obraz zmienia się co kilka chwil, a to za sprawą kamer, z których bohater jest obserwowany. Nie są one "latającymi oczyma gracza", takimi, jakie goszczą w grach TPP. Przytwierdzono je na stałe w różnych częściach domu, np. pod sufitem, w kącie, czy choćby w korytarzu. Pokazują one jeden i tylko jeden fragment pomieszczenia, w którym się znajdują. Objawia się to często delikatnymi zaburzeniami perspektywy, nie mówiąc już o sytuacjach, kiedy kamera filmuje akcję pod pewnym kątem
(Devil Inside się przypomina). Na szczęście po chwili zabawy człowiek przyzwyczaja się to takiej prezentacji otoczenia i plumka sobie w najlepsze. Zaletą grafiki
AITD jest również niezwykle trafne dobranie palety kolorów. Gra utrzymana jest w mrocznych, nieco strasznych klimatach, dominują więc beże, brązy, zgniłe zielenie i szarości, zupełnie tak samo jak w najlepszych horrorach klasy B. Bardzo kiepsko wyglądają dziś potworki; w większości przypadków śmieszą zamiast przerażać, nieraz też człowiek zastanawia się, co tak naprawdę widzi na ekranie - bo ani zombiaka, ani latającego kurczaka to nie przypomina... Oprawa dźwiękowa gry jest przyzwoita, choć na dobrą sprawę muzyki w
AITD jest niewiele. Grunt, że trzyma ona poziom 1992 roku, co oznacza, że miłośnicy jakichś bardziej rozbudowanych kawałków mogą o nich zapomnieć.


A co z fabułą? Ano, tuż tym, jak Carnby przybył na strych Decreto, rozpoczęła się zabawa. Okazało się bowiem, że dom opanowany jest przez rozmaite stwory; począwszy od zwykłych umarlaków, przez duchy i kropkowane stworki, po zaklęte obrazy i gigantycznego robala przekopującego się przez zwały piasku poniżej poziomu piwnic. Detektyw zbierał rozmaite przedmioty, używał ich gdzie tylko zdołał, strzelał ze strzelby i z rewolweru, walczył na miecze, biegał, skakał i robił wszystko to, co prawdziwy bohater gry akcji robić powinien. Zagadki w
AITD były rozmaitej maści, niektóre bardzo łatwe, inne niesamowicie trudne, wszystkie jednak dawało się rozwiązać, wystarczyło tylko logicznie pomyśleć. Zabawa wciągała, acz język angielski okazywał się być nieodzowny.


Dziś - w 8 lat po fakcie - AITD wciąż pozostaje tytułem przyzwoitym. Jego magia wciąż działa, i to niekoniecznie za sprawą dwóch kolejnych części, które były, mówiąc delikatnie, przęciętniakami... Ponieważ zaś robią już
AITD 4, proponuję wam sięgnąć po jakiś zakurzony dysk starszego brata i odpalić pierwszego
Alone. Z pewnością stracicie kilka jakże cennych godzin.
  • Plusy:

  • Klimat
  • Rewolucyjna jak na tamte czasy grafika
  • Minusy:

  • Nie ma
dodaj swoją opinię

Opinie (0):

Nick:*
Treść:*
 
Akceptuję regulamin serwisu i wyrażam zgodę na przetwarzanie przez Wirtualną Polskę S.A. moich danych osobowych dla celów związanych z zamieszczeniem opinii na stronach internetowych serwisu.
Wirtualna Polska S.A. w Gdańsku informuje, że zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy z dnia 29 sierpnia 1997 r. o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, a ponadto Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania.
 
 

Dodana opinia pojawi się na liście za kilka minut

Ten materiał nie ma jeszcze opini. Masz okazję by Twój głos pojawił sie tutaj jako
pierwszy! Nie czekaj - dodaj swoją opinię!

przejdź do forum wszystkie opinie (0)
obrazek
Copyright © 1995-2012 Wirtualna Polska

Proszę czekać - ładowanie treści...