To, co najbardziej uderza w pierwszych godzinach zabawy, to to jak bardzo ta gra przypomina wcześniejsze produkcje zespołu Remedy, czyli obie części Maksa Payne'a (i jest to pochwała!). Zarówno mroczny, trochę schizofreniczny klimat, kojarzący się z sekwencjami snów czy narkotycznych wizji nowojorskiego gliniarza, konstrukcja fabularna, jak i sama rozgrywka przywołują mocno pozytywne wspomnienia. Jest tu wszystko, by fani Maksa mogli podskakiwać z radości, łącznie z otwierającymi się w dwie strony drzwiami, miniserialem możliwym do oglądania w telewizorach w grze czy wręcz z pewnym fragmentem powieści Alana, wyraźnie nawiązującym do wydarzeń z MP.
Może być to o tyle zaskakujące, że Alan Wake zapowiadany był jako survival horror, gatunek przecież całkowicie odmienny od reprezentowanej przez Maksa Payne'a strzelanki z ambicjami. Jako taki nie sprawdza się najlepiej – element survivalu w zasadzie nie występuje (przynajmniej na normalnym poziomie trudności, nad wyraz łatwym), a i atmosferę horroru udaje się uzyskać tylko częściowo. Na plus można zaliczyć to, że gra nie próbuje uciekać się do tanich sztuczek w rodzaju wyskakujących z szaf potworów czy duchów, wrzeszczących nam do ucha „BUU!”. Problem tylko w tym, że jeżeli chodzi o straszenie, to nie ma też do zaoferowania jakiejś efektywnej alternatywy. Zamiast tego ogranicza się do mrocznego klimatu, wszechobecnej ciemności i wiary, że to wystarczy, by wywołać strach. Nie pomaga też specjalnie fakt, że głównym źródłem zagrożenia jest tu mroczna siła, będąca czymś w rodzaju „ucieleśnionego lęku”. Sprawia to trochę wrażenie, jakby gra mówiła nam „bój się tego, to jest straszne, bo jest i już!” i uznawała, że to wystarczy.




