{ PC }Painkiller

8.8 Warta uwagi

Panowie z People Can Fly, na czele z Adrianem Chmielarzem (twórcą Tajemincy Statuetki czy Teenagenta), pracowali nad Painkillerem ponad trzy lata.
recenzja

Inne platformy:

Recenzje

Painkiller

Groovy | 07 września 2004

Panowie z People Can Fly, na czele z Adrianem Chmielarzem (twórcą Tajemincy Statuetki czy Teenagenta), pracowali nad Painkillerem ponad trzy lata. Teraz, kiedy gra wyszła z piekielnych czeluści na światło dzienne, możemy śmiało powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych i najbardziej dopracowanych polskich produkcji wszech czasów. Aczkolwiek mam jedno zastrzeżenie już na samym wstępie. Autorzy źle dobrali tytuł do swojego dziecka. Bardziej aniżeli Painkiller pasowałaby tutaj Symfonia destrukcji.

Dzieło polskich programistów to nad wyraz prosta rąbanina. Jeszcze prostsza niż emerytowany (ale ciągle jary) Quake, bo w przeciwieństwie do tej pozycji tu nie trzeba zbierać żadnych kluczy – wystarczy strzelać! Określenie gatunku „strzelanina FPP” jeszcze nigdy dotąd tak precyzyjnie nie oddawało swojej istoty, jak w przypadku Painkillera.

Fabuła Painkillera nie wyróżnia się spośród tłumu innych banalnych opowieści. Wcielisz się w postać Daniela Garnera, wydawałoby się szczęśliwie zakochanego faceta, który po tragicznym wypadku samochodowym trafia do czyśćca – nieokreślonej przestrzeni zawieszonej między niebem a piekłem. Po 30 latach pokuty Daniel dostaje wymarzoną wręcz propozycję dla znudzonej ciągłym czekaniem na przejście przez niebieską bramę duszyczki. Trzeba mianowicie wyeliminować czterech głównych generałów prowadzących diabelską armię na wojnę z niebem. Oferta jest tym bardziej ciekawa, iż wykonując pomyślnie zadanie nie tylko uratujemy świat przed dominacją zła, ale sami zgarniemy solidne wynagrodzenie – dostąpimy łaski i wejdziemy do niebios. Zlecenie zostanie przyjęte i tym samym nasza postać stanie się kolejnym romantycznym bohaterem, który w pojedynkę zmierzy się ze złem Wszechświata.

Prosta jest fabuła, proste są też zasady gry. Zaraz po wejściu na teren planszy pojawiają się pierwsi przeciwnicy. Wyjmujesz odpowiednią giwerę i robisz jedną z największych masakr, jakie widziały Twoje oczy. Na tym się nie kończy, albowiem przeciwników zamiast pod ciężkim ostrzałem ubywać, ciągle przybywa. Ich liczba jest porażająca, niespuszczanie palca z lewego przycisku myszy wydaje się być w tym przypadku niezbędne. Walka przebiega więc dynamicznie i krwawo. Całość zaś umila akompaniament ostrej gitarowej sieczki. Po wyczyszczeniu terenu z diabelskich sługusów możesz wziąć głęboki oddech i przejść do oznaczonego czerwoną aurą punktu kontrolnego. Otworzy się przed Tobą nowy obszar, a cała zabawa zacznie się od początku. Taki scenariusz wydaje się być nie tylko monotonny, ale wręcz do obrzydzenia wtórny.

Na szczęście People Can Fly postarali się o urozmaicenie wędrówki po czyśćcu, który w Painkillerze staje się głównym teatrem działań dla naszego bohatera. Nie należy jednak utożsamiać tego miejsca z opisami ze szkolnych lekcji katechezy czy z opowiadań „mądrych ludzi”. Czyściec w tym wydaniu jest mroczny, upiorny, przesiąknięty złem, ale niekiedy też wyjątkowo zaskakujący. Raz przyjdzie nam stoczyć pojedynek w podziemiach kopalni na mrocznym cmentarzysku, innym razem zwiedzimy upiorną operę, stary opuszczony szpital psychiatryczny czy współcześnie wyglądającą fabrykę. Każda lokacja ma swoją niepowtarzalną atmosferę potęgowaną przez starannie dobraną warstwę dźwiękową (muzyka na organach, wycie tracącej zmysły kobiety, bijące w tle serce, pohukiwania sowy, uderzający o posadzkę deszcz), a także przez świetnie wyglądające potwory. Widok psycholi pozbawionych nóg i pełzających po suficie w pierwszym momencie przyprawił mnie o uśmieszek. Kiedy dołączyli do nich spętani kaftanem i rażeni prądem koledzy z zakładu, poczułem przeszywający plecy dreszczyk strachu. Niewątpliwie autorzy wiedzieli jak zrobić wrażenie na odbiorcy.

Chociaż przeciwnicy w większości sytuacji jedynie pędzą w naszą stronę, można dostrzec objawy inteligencji w ich zachowaniach. Demony starają się robić uniki, biegają zygzakiem, skaczą na kilka metrów do góry, aby skrócić odległość. Większe grupy potrafią nas otoczyć i bezwzględnie miotać swoimi śmiertelnymi pociskami. Miłym akcentem jest fakt, iż przeciwnicy nie pozostają obojętni na swoje uderzenia – jeśli jeden potwór przez pomyłkę trafi kompana, ten nie omieszka oddać mu z nawiązką. Inni wrogowie wykorzystują słabszych żołnierzy i ciskają nimi w naszą postać.

Niezapomniane wrażenia pozostawiają po sobie bossowie - najbardziej bezwzględne i ogromne bestie, jakie kiedykolwiek pojawiły się w strzelaninach FPP. Niektóre z nich są tak wysokie, iż nie sposób ogarnąć je wzrokiem. Jak na ironię, o ile w przypadku szeregowych żołnierzy armii zła wystarczy po prostu strzelać ile wlezie, tak z bossami sprawa nieco się komplikuje. Samo strzelanie nie daje odpowiedniego efektu, niezbędne więc do rozprawienia się z takim monstrem jest znalezienie jego słabego punktu, co nie zawsze jest zadaniem łatwym.

Rekomendacja

twoja ocena:
0
1
2
3
4
5
rekomendowana:
0

Opinie: dodaj swoją opinię

Ten materiał nie ma jeszcze opini. Masz okazję by Twój głos pojawił sie tutaj jako
pierwszy! Nie czekaj - dodaj swoją opinię!

Nick:*
Treść:*
akceptuję regulamin

Dodana opinia pojawi się na liście za kilka minut

Masz swoje zdanie? Przedstaw je!
Więcej różnych opini i komentarzy znajdziesz na forum.wp.pl

obrazek
Proszę czekać - trwa ładowanie treści