Nie ma tak, żeby w życiu zawsze działo się dobrze. Raz na wozie, raz pod wozem – jak to się mówi – normalka. Ale życie to nie gra, a w grze można wszystko. Chyba dlatego autorzy Bad Day L.A. zabawili się kosztem głównego bohatera i w jeden dzionek zaserwowali mu szereg katastrof, w których biedak, chcąc nie chcąc, musi wziąć udział.
„Biedak” w tym wypadku dosłownie i w przenośni, ponieważ delikwent ów nie jest raczej typem pomnażającego swe dobra, powtarzającego: „Boże błogosław Amerykę” Jankesa. Wierzcie mi, od tego wizerunku dzielą go lata świetlne. Nasza postać to nikt inny jak czarnoskóry żulik, bezdomny imieniem Anthony, który od życia nie wymaga wiele prócz możliwości zaspokojenia ludzkich podstawowych potrzeb. I właśnie próbując ulżyć swemu pęcherzowi pośród zgiełku ruchliwej metropolii, rozpoczyna zmagania z serią nawiedzających spanikowane Los Angeles klęsk.
W Bad Day L.A. chodzi o jedno - wydostać się z tarapatów, będąc, że tak powiem, w oku cyklonu niesprzyjających wydarzeń. Oczywiście podczas ucieczki zbieramy przedmioty lub broń. Próbujemy chaotycznie usunąć skutki tragicznych zajść i stawiać opór nadciągającym plagom. A z misji na misję jest w czym wybierać. Przyjdzie nam zmierzyć się z tsunami, gradem meteorów, chmurą chemikaliów, trzęsieniem ziemi, terrorystami, snajperami oraz krwiożerczymi szczurami i zombie. Nie będziemy jednak sami, ponieważ Anthony podczas ucieczki z przeklętego L.A. spotka wiele „rozrywkowych” postaci. Wśród nich zobaczymy wiecznie krzyczącego Sierżanta, głupią nastoletnią Beverly, nieustannie wymiotującego (chyba z nadmiaru stresu?!?) chłopca - Sick Kida oraz Juana, biegającego z piłą łańcuchową niczym gość z „Teksańskiej masakry”. A my z czym biegamy? Oczywiście z bronią palną, ale także z kluczem do kół, opatrunkami i gaśnicą. Ta ostatnia jest chyba najbardziej przydatna. To nią przywracamy zombikom ludzką postać, ale także ratujemy płonące ofiary makabrycznego dnia. Jak widać, cały nasz oręż można wykorzystać dwojako - do niesienia pomocy cywilom i wybawiania ich z opresji lub skracając im męczarnie i strzelając do nich jak do kaczek. Pamiętajmy jednak, że w tym drugim przypadku dostajemy punkty negatywne tzw. smutne buźki, które demonizują nasz charakter i powodują, że napotkani przechodnie zaczynają nas częściej atakować.

